Cabines 85grudzień 2016 - styczeń 2017
Makijażem opowiadam historie
powrótWywiad
Rozmowa z Dominikiem Ćwiklikiem, uczestnikiem konkursu body painting zorganizowanego cztery lata temu w Paryżu podczas targów Mondial Spa et Beaute, obecnie art managerem polskiej marki kosmetyków kolorowych Paese. Poprzedni wywiad z nim ukazał się w 16. numerze Cabines.
Dorota Bury Co się zmieniło w Twoim życiu zawodowym w ciągu ostatnich kilku lat? Cztery lata temu kończyłeś szkołę i miałeś bardzo ambitne plany.
Dominik Ćwiklik Po paryskim konkursie body painting życie nabrało tempa. Do dzisiaj ten konkurs pomaga mi korzystnie się zaprezentować. Ludzie szanują to osiągnięcie. Body painting w Polsce jest ciągle traktowany z dystansem, budzi kontrowersje, więc jeśli ktoś zaistniał w jakiś sposób na tym polu, to w światku artystycznym jest to pomocne. Zaraz po ukończeniu szkoły wyjechałem do Warszawy, gdzie od razu znalazłem się w domu produkcyjnym Artrama, który jest odpowiedzialny między innymi za sukces serialu Na dobre i na złe. Pojawiłem się tam ze swoim studenckim portfolio, nie miałem przecież jeszcze żadnego doświadczenia w pracy na własną rękę. Stanąłem przed szefem produkcji, który najwyraźniej zobaczył we mnie pasjonata takiego, jakim on sam był za młodu, i zaproponował pracę. Tak zaczęła się moja przygoda z filmem, chociaż już wcześniej miałem pewną styczność z tym światem dzięki pracy przy filmie Jan Paweł II (Pope John Paul II, reż. John Kent Harrison). Współpracując z Artramą, brałem udział w tworzeniu wielu programów telewizyjnych. Miałem okazję gościć na planie serialu Na dobre i na złe, udzielałem się przy różnych programach dokumentalnych i wywiadach, ostatnio na przykład z Placido Domingo w czasie jego wizyty w Polsce. Spędziłem w Warszawie dwa lata, aż zaproponowano mi współpracę z firmami kosmetycznymi. Z początku podszedłem do tego niechętnie, ale okazało się, że to jest fajna przygoda i coś innego od dotychczasowych zajęć. Zacząłem pracę dla marek, najpierw selektywnie, tych z najwyższych półek. Cały czas wzbogacałem swoje portfolio, zdobywałem cenne doświadczenie, marząc o powrocie do Krakowa jako „ktoś”. Zwiedziłem niemal całą Polskę, Paryż, na pół roku poleciałem do USA, dzięki czemu dojrzałem zawodowo.
D.B. Uczyłeś się jeszcze w tym czasie?
D.Ć. Wtedy już tylko w praktyce. Jak powtarza moją promotorka, Joanna Cieśla, w tym fachu uczymy się cały czas. Wiele sytuacji zaskakuje mnie nawet dzisiaj, co wiąże się ze specyfiką tej pracy. Liczy się w niej nietuzinkowość, kreatywne myślenie, rozwój, nie można stać w miejscu. Rozwijam się więc cały czas. Przygoda z firmami kosmetycznymi, objęcie stanowiska art managera marki Paese, powrót do Krakowa... Kilka dni temu założyłem własną działalność związaną ze światem urody – szkolenia i usługi dla planów filmowych pod oficjalną nazwą Beautylandia, a ostatnio pada propozycja napisania książki - zastanawiam się na dtym poważnie, gdyż będzie to kolejne doświadczenie i przygoda.
D.B. Jak to się stało, że objąłeś posadę art managera?
D.Ć. Zaczęło się od współpracy z firmami kosmetycznymi. Będąc w Warszawie, objąłem najpierw posadę zwykłego wizażysty w firmie Smashbox. Potem miałem kryzys, a lekarstwem stał się półroczny pobyt w Stanach Zjednoczonych, gdzie pracowałem m.in. przy sesji do amerykańskiej edycji Vogue. Zaraziłem się przy tym amerykańskim klimatem „don’t worry, be happy” i wróciłem do kraju pełen entuzjazmu, z zapasami energii. Jeszcze podczas mojego pobytu w USA napisał do mnie ktoś z firmy Make-Up For Ever, również selektywnej marki, proponując posadę głównego managera na Polskę, ponieważ wchodzili dopiero na nasz rynek. Otrzymałem też kilka innych propozycji od różnych firm, między innymi od Paese. Zaproponowali mi najpierw pisanie artykułów do ich firmowej broszury i podczas rozmów okazało się, że nasze cele są zbieżne. Ta firma kieruje się tym samym, czym ja się kieruję w swojej karierze. Firma, którą stworzyłem – Beautylandia – to kraina piękna, a Paese również kreuje świat piękna, odmienny od zwykłego, w którym kobieta jest kimś wyjątkowym. Ja podobnie traktuję makijaż; składa się on dla mnie z trzech elementów: koloru, kobiety i kreatywności, jest bramą do innego świata. Nie mogłem więc odmówić, zwłaszcza że firma była na etapie rozwoju. Drugim powodem mojego wyboru był fakt, że jest to polska marka. Pracując dla marki zachodniej, która w Polsce ma tylko dystrybutora, jest się jak mrówka, jedna z wielu. Wszelkie zasady ustalane są w siedzibach głównych tych firm, za granicą, i tak naprawdę my tutaj nie mamy pola do popisu, do wykazania się kreatywnością. W Paese mam taką możliwość.
D.B. Co dokładnie tam robisz?
D.Ć. Marka, jak wspomniałem, cały czas się rozwija. Budujemy obecnie sieć sprzedaży w całym kraju i następuje to naprawdę szybko. Moja funkcja tak naprawdę powinna być rozbita na kilka osób, bo jestem art managerem, wizażystą, który jeździ po najlepszych perfumeriach w całym kraju i organizuje podesty, szkoli personel perfumerii i naszych przedstawicieli, a w firmie zajmuję się oprawą artystyczną marki. Mam wpływ na kolorówkę w danym sezonie (współpracuję tutaj z brand managerem), na design opakowań, na formę reklamy, kontakty z mediami, modelkami i fotografami. Wszystko, co wiąże się z wizerunkiem marki. Jest to trudna praca, o nienormowanym czasie, nieraz ponad 12 godzin dziennie, wymagająca częstych wyjazdów, a często też pracy w domu.
D.B. Wspomniałeś o chęci powrotu do Krakowa. Jakie są Twoje marzenia związane z pracą, czego oczekujesz?
D.Ć. Moje marzenia, jak na razie, spełniają się. Marzyłem o pracy na planie filmowym i udało się, miałem kontakt z aktorami i czułem się elementem tego świata. To było moje marzenie, kiedy byłem dzieckiem. Marzyłem o stanowisku art managera i to też się udało. Do rozwoju jednak konieczne są kolejne cele, dlatego założyłem firmę i wierzę w jej sukces. Kolejnym marzeniem był powrót do Krakowa. Przetrwałem kilka lat w Warszawie, a to zupełnie inny rynek niż Kraków. Kraków to miasto romantycznych artystów, a Warszawa to ciągła gonitwa, walka o posadę. Po powrocie do Krakowa odetchnąłem. Nawet mimo tego, że praca pochłania wiele mojej energii, więcej niż w Warszawie. Planów na przyszłość mam wiele. Chciałbym być rozpoznawany nie tylko jako osoba związana z kosmetykami i makijażem, ale jako twórca - marzę o tym, by mój styl, moja kreska, moje dzieła były znane i stanowiły inspirację dla innych. Myślę o malarstwie sztalugowym, a także o stworzeniu jakiejś historii obrazkowej – komiksu czy ilustracji do powieści. Kiedy byłem dzieckiem, mój brat powiedział mi, że kiedyś dostanę Oscara - miał taki sen. Wyznaję zasadę, że trzeba sobie obierać wielkie cele, nawet nierealne, bo jeśli nawet osiągniemy tylko połowę, to będzie dużo. Do dzisiaj więc myślę o Oscarze, chociaż może coś innego się wydarzy, w zamian. Poza tym oczekuję od życia normalnych doznań, całkiem przyziemnych i marzę, żeby mój tata kiedyś powiedział, że jest ze mnie dumny.
D.B. Czy zdobyłeś już jakieś nagrody, odniosłeś sukcesy, z których jesteś dumny?
D.Ć. Nie skupiam się na zdobywaniu trofeów, a właściwie za trofea uważam podpisanie umowy o pracę, zdjęcia z planów filmowych, wywiady, artykuły, które napisałem – to są moje sukcesy. Składają się one na moje portfolio.
więcej w Cabines nr 38
Dziękuję za rozmowę.
Dorota Bury

Dorota Bury Co się zmieniło w Twoim życiu zawodowym w ciągu ostatnich kilku lat? Cztery lata temu kończyłeś szkołę i miałeś bardzo ambitne plany.
Dominik Ćwiklik Po paryskim konkursie body painting życie nabrało tempa. Do dzisiaj ten konkurs pomaga mi korzystnie się zaprezentować. Ludzie szanują to osiągnięcie. Body painting w Polsce jest ciągle traktowany z dystansem, budzi kontrowersje, więc jeśli ktoś zaistniał w jakiś sposób na tym polu, to w światku artystycznym jest to pomocne. Zaraz po ukończeniu szkoły wyjechałem do Warszawy, gdzie od razu znalazłem się w domu produkcyjnym Artrama, który jest odpowiedzialny między innymi za sukces serialu Na dobre i na złe. Pojawiłem się tam ze swoim studenckim portfolio, nie miałem przecież jeszcze żadnego doświadczenia w pracy na własną rękę. Stanąłem przed szefem produkcji, który najwyraźniej zobaczył we mnie pasjonata takiego, jakim on sam był za młodu, i zaproponował pracę. Tak zaczęła się moja przygoda z filmem, chociaż już wcześniej miałem pewną styczność z tym światem dzięki pracy przy filmie Jan Paweł II (Pope John Paul II, reż. John Kent Harrison). Współpracując z Artramą, brałem udział w tworzeniu wielu programów telewizyjnych. Miałem okazję gościć na planie serialu Na dobre i na złe, udzielałem się przy różnych programach dokumentalnych i wywiadach, ostatnio na przykład z Placido Domingo w czasie jego wizyty w Polsce. Spędziłem w Warszawie dwa lata, aż zaproponowano mi współpracę z firmami kosmetycznymi. Z początku podszedłem do tego niechętnie, ale okazało się, że to jest fajna przygoda i coś innego od dotychczasowych zajęć. Zacząłem pracę dla marek, najpierw selektywnie, tych z najwyższych półek. Cały czas wzbogacałem swoje portfolio, zdobywałem cenne doświadczenie, marząc o powrocie do Krakowa jako „ktoś”. Zwiedziłem niemal całą Polskę, Paryż, na pół roku poleciałem do USA, dzięki czemu dojrzałem zawodowo.
D.B. Uczyłeś się jeszcze w tym czasie?
D.Ć. Wtedy już tylko w praktyce. Jak powtarza moją promotorka, Joanna Cieśla, w tym fachu uczymy się cały czas. Wiele sytuacji zaskakuje mnie nawet dzisiaj, co wiąże się ze specyfiką tej pracy. Liczy się w niej nietuzinkowość, kreatywne myślenie, rozwój, nie można stać w miejscu. Rozwijam się więc cały czas. Przygoda z firmami kosmetycznymi, objęcie stanowiska art managera marki Paese, powrót do Krakowa... Kilka dni temu założyłem własną działalność związaną ze światem urody – szkolenia i usługi dla planów filmowych pod oficjalną nazwą Beautylandia, a ostatnio pada propozycja napisania książki - zastanawiam się na dtym poważnie, gdyż będzie to kolejne doświadczenie i przygoda.
D.B. Jak to się stało, że objąłeś posadę art managera?
D.Ć. Zaczęło się od współpracy z firmami kosmetycznymi. Będąc w Warszawie, objąłem najpierw posadę zwykłego wizażysty w firmie Smashbox. Potem miałem kryzys, a lekarstwem stał się półroczny pobyt w Stanach Zjednoczonych, gdzie pracowałem m.in. przy sesji do amerykańskiej edycji Vogue. Zaraziłem się przy tym amerykańskim klimatem „don’t worry, be happy” i wróciłem do kraju pełen entuzjazmu, z zapasami energii. Jeszcze podczas mojego pobytu w USA napisał do mnie ktoś z firmy Make-Up For Ever, również selektywnej marki, proponując posadę głównego managera na Polskę, ponieważ wchodzili dopiero na nasz rynek. Otrzymałem też kilka innych propozycji od różnych firm, między innymi od Paese. Zaproponowali mi najpierw pisanie artykułów do ich firmowej broszury i podczas rozmów okazało się, że nasze cele są zbieżne. Ta firma kieruje się tym samym, czym ja się kieruję w swojej karierze. Firma, którą stworzyłem – Beautylandia – to kraina piękna, a Paese również kreuje świat piękna, odmienny od zwykłego, w którym kobieta jest kimś wyjątkowym. Ja podobnie traktuję makijaż; składa się on dla mnie z trzech elementów: koloru, kobiety i kreatywności, jest bramą do innego świata. Nie mogłem więc odmówić, zwłaszcza że firma była na etapie rozwoju. Drugim powodem mojego wyboru był fakt, że jest to polska marka. Pracując dla marki zachodniej, która w Polsce ma tylko dystrybutora, jest się jak mrówka, jedna z wielu. Wszelkie zasady ustalane są w siedzibach głównych tych firm, za granicą, i tak naprawdę my tutaj nie mamy pola do popisu, do wykazania się kreatywnością. W Paese mam taką możliwość.
D.B. Co dokładnie tam robisz?
D.Ć. Marka, jak wspomniałem, cały czas się rozwija. Budujemy obecnie sieć sprzedaży w całym kraju i następuje to naprawdę szybko. Moja funkcja tak naprawdę powinna być rozbita na kilka osób, bo jestem art managerem, wizażystą, który jeździ po najlepszych perfumeriach w całym kraju i organizuje podesty, szkoli personel perfumerii i naszych przedstawicieli, a w firmie zajmuję się oprawą artystyczną marki. Mam wpływ na kolorówkę w danym sezonie (współpracuję tutaj z brand managerem), na design opakowań, na formę reklamy, kontakty z mediami, modelkami i fotografami. Wszystko, co wiąże się z wizerunkiem marki. Jest to trudna praca, o nienormowanym czasie, nieraz ponad 12 godzin dziennie, wymagająca częstych wyjazdów, a często też pracy w domu.
D.B. Wspomniałeś o chęci powrotu do Krakowa. Jakie są Twoje marzenia związane z pracą, czego oczekujesz?
D.Ć. Moje marzenia, jak na razie, spełniają się. Marzyłem o pracy na planie filmowym i udało się, miałem kontakt z aktorami i czułem się elementem tego świata. To było moje marzenie, kiedy byłem dzieckiem. Marzyłem o stanowisku art managera i to też się udało. Do rozwoju jednak konieczne są kolejne cele, dlatego założyłem firmę i wierzę w jej sukces. Kolejnym marzeniem był powrót do Krakowa. Przetrwałem kilka lat w Warszawie, a to zupełnie inny rynek niż Kraków. Kraków to miasto romantycznych artystów, a Warszawa to ciągła gonitwa, walka o posadę. Po powrocie do Krakowa odetchnąłem. Nawet mimo tego, że praca pochłania wiele mojej energii, więcej niż w Warszawie. Planów na przyszłość mam wiele. Chciałbym być rozpoznawany nie tylko jako osoba związana z kosmetykami i makijażem, ale jako twórca - marzę o tym, by mój styl, moja kreska, moje dzieła były znane i stanowiły inspirację dla innych. Myślę o malarstwie sztalugowym, a także o stworzeniu jakiejś historii obrazkowej – komiksu czy ilustracji do powieści. Kiedy byłem dzieckiem, mój brat powiedział mi, że kiedyś dostanę Oscara - miał taki sen. Wyznaję zasadę, że trzeba sobie obierać wielkie cele, nawet nierealne, bo jeśli nawet osiągniemy tylko połowę, to będzie dużo. Do dzisiaj więc myślę o Oscarze, chociaż może coś innego się wydarzy, w zamian. Poza tym oczekuję od życia normalnych doznań, całkiem przyziemnych i marzę, żeby mój tata kiedyś powiedział, że jest ze mnie dumny.
D.B. Czy zdobyłeś już jakieś nagrody, odniosłeś sukcesy, z których jesteś dumny?
D.Ć. Nie skupiam się na zdobywaniu trofeów, a właściwie za trofea uważam podpisanie umowy o pracę, zdjęcia z planów filmowych, wywiady, artykuły, które napisałem – to są moje sukcesy. Składają się one na moje portfolio.
więcej w Cabines nr 38
