Cabines 85grudzień 2016 - styczeń 2017
Diet Doctors – Inside and Outside
powrótDietetyka
Angielskie sklepy pełne są produktów wszelakiego rodzaju i jak na społeczeństwo wielokulturowe przystało, pochodzą one z różnych zakątków świata. Do niedawna Brytyjczycy w swoich wyborach kierowali się zasobnością portfela, chęcią spróbowania czegoś nowego lub najbardziej pospolitym czynnikiem – głodem. Niemniej jednak nie tak dawno, robiąc zakupy w pobliskim Sainsbury’s, natknęłam się na osobliwą parę: kobietę, której kulinarne wybory komentował mężczyzna i bynajmniej nie był to mąż dbający o budżet domowy, ale prywatny trener – dietetyk.
Specjalistki od żywienia
Chyba jest to znak naszych czasów, że coraz częściej oprócz porady przyjaciółki słuchamy dietetyków, którzy podpowiedzą, co należy jeść, by służyło to nie tylko naszemu podniebieniu, ale przede wszystkim zdrowiu. A kogo nie stać na osobistego doradcę, może zamiast tego przerzucić się na wersję ekonomiczną i po prostu włączyć Channel 4, gdzie emitowany jest program prowadzony przez dwie atrakcyjne panie. Nie są to bynajmniej tylko ładne prezenterki, ale specjalistki od żywienia i chorób, których przyczyn doszukują się gdzieś na drodze wiodącej od półki sklepowej do żołądka. Jedna z pań, Wendy Denning, jest lekarzem medycyny klasycznej, rozszerzonej o elementy medycyny chińskiej. Druga, Vicki Edgson, jest dietetykiem. Obie wyglądają tak, jakby z pasją stosowały się do rad dawanych ich klientom. Panie ze stosu tchnących desperacją listów wybierają najbardziej bez nadziejne przypadki, mające pewne cechy wspólne. Z jednej strony stanowią one grupę reprezentacyjną społeczeństwa angielskiego i wyrażają chęć poddania się kieratowi programu oraz reżimowi zalecanej diety, byle tylko pozbyć się dolegliwości, a przy okazji wymodelować i odchudzić ciało. Z drugiej strony są bardzo charakterystyczne i łatwo jest je sklasyfikować. I tak poznajemy miłośnika lodów, miłośnika nabiału, miłośnika serów, miłośnika napojów gazowanych, miłośnika nocnego podjadania, fast foodów, McDonaldów etc. Anglia może i jest społeczeństwem klasowym, ale jeśli idzie o miłość absolutną do Beatlesów i do jedzenia wszystkiego, co ze zdrowiem ma niewiele wspólnego, daleka jest od podziałów. Wybranego osobnika poddaje się rutynowym badaniom.
Pokaż mi swoją kupę, a powiem ci, co ci dolega
Według Vicki Edgson żadne inne społeczeństwo nie rozmawia tyle o kupie co Anglicy. Odnoszę wrażenie, że to czysta megalomania, rekompensująca straty ery postkolonialnej, niemniej jednak faktem jest, że panie, przystępując do szacunkowych ocen dewastacyjnego sposobu odżywiania, zaczynają nie od tego, co się wkłada, ale co wychodzi drugą stroną. O stanie naszego zdrowia informować ma nie tylko kolor stolca (powinien być brązowy, a inne kolory świadczyć mogą o niewydolnościach organizmu), konsystencja (istnieje zestandaryzowana skala siedmiu rodzajów kup wg The Bristol Stool Scale), objętość, ale i zapach! (o tak, „zdrowa” kupa powinna „pachnieć”). Dalej, starym sposobem doktora Paj-Chi-Wo, sprawdzają naleciałości językowe i nie idzie tu wcale o cudzoziemców brukających mowę angielską, ale o zbierający się na języku osad (biały język świadczyć może o niedoborach witamin w organizmie, czerwony – o gorączce i przegrzaniu organizmu, fioletowy – o kiepskim krążeniu krwi etc.). Do tego dochodzi ocena stanu włosów (okazuje się, że nie zawsze przyczyną siwienia jest trauma bądź starość), paznokci (poddawane są ocenie kolor i faktura) oraz skóra. Oprócz zabiegów, z którymi na pewno spotkały się zwolenniczki medycyny chińskiej, gospodynie programu zalecają bardziej laboratoryjne metody, polegające na badaniu zawartości minerałów w organizmie. Niektórzy uważają, że brak choćby jednego z pierwiastków śladowych zmniejsza zdolności metaboliczne organizmu nawet o 50%!
Kalorie się nie liczą
Po badaniach od stóp do głów (dosłownie) uczestnik programu przechodzi kilkutygodniowy trening, w czasie którego ma stosować się do zaleconej diety i ćwiczeń (bez tego ani rusz), a w chwilach słabości może dzwonić do swoich trenerek i być pewnym, że to, co usłyszy, przywróci go do pionu. Ciekawostką jest, że wbrew powszechnej opinii i na pociechę wszystkim żywiącym wrodzoną niechęć do matematyki panie odradzają liczenie kalorii. Kalorie, które początkowo miały służyć obliczaniu ilości energii wytwarzanej przez określone produkty spożywcze, stały się ostrzeżeniem przed zawartością tłuszczu w żywności. W konsekwencji zarzuca się w obawie o sylwetkę ważne dla zdrowia produkty, takie jak nasiona, pestki, orzechy, tłuste ryby. Niesłusznie, bo tak naprawdę to właśnie kalorie poprawiają zdolność spalania zgromadzonego w organizmie tłuszczu, dając energię, a jednocześnie wzmacniają zdolność koncentracji. Niemniej jednak dla miłośników przedmiotów ścisłych też coś się znajdzie, bo tak jak gospodynie programu nieprzychylne są liczeniu kalorii, tak mocno zachęcają do spoglądania na indeks glikemiczny (IG) danego produktu. IG mówi o szybkości, z jaką jedzenie jest spalane, a cukry przedostają się do krwi i dalej do mózgu. Im jest on niższy, tym cukry pochodzące z pożywienia uwalniane są wolniej i dzięki temu możemy ustrzec się napadów głodu. Zjedzenie węglowodanów o wysokim IG, tj. powyżej 70, doprowadza do gwałtownego skoku poziomu cukru, co skutkuje dużym wyrzutem insuliny, po którym następuje obniżenie poziomu cukru znacznie poniżej wartości wyjściowej, czyli hipoglikemia. Poza innymi przykrymi objawami hipoglikemia powoduje napady wilczego głodu, co – jak można się domyślać – sprzyja tyciu.
więcej w Cabines nr 38
Xenia Chudy

Specjalistki od żywienia
Chyba jest to znak naszych czasów, że coraz częściej oprócz porady przyjaciółki słuchamy dietetyków, którzy podpowiedzą, co należy jeść, by służyło to nie tylko naszemu podniebieniu, ale przede wszystkim zdrowiu. A kogo nie stać na osobistego doradcę, może zamiast tego przerzucić się na wersję ekonomiczną i po prostu włączyć Channel 4, gdzie emitowany jest program prowadzony przez dwie atrakcyjne panie. Nie są to bynajmniej tylko ładne prezenterki, ale specjalistki od żywienia i chorób, których przyczyn doszukują się gdzieś na drodze wiodącej od półki sklepowej do żołądka. Jedna z pań, Wendy Denning, jest lekarzem medycyny klasycznej, rozszerzonej o elementy medycyny chińskiej. Druga, Vicki Edgson, jest dietetykiem. Obie wyglądają tak, jakby z pasją stosowały się do rad dawanych ich klientom. Panie ze stosu tchnących desperacją listów wybierają najbardziej bez nadziejne przypadki, mające pewne cechy wspólne. Z jednej strony stanowią one grupę reprezentacyjną społeczeństwa angielskiego i wyrażają chęć poddania się kieratowi programu oraz reżimowi zalecanej diety, byle tylko pozbyć się dolegliwości, a przy okazji wymodelować i odchudzić ciało. Z drugiej strony są bardzo charakterystyczne i łatwo jest je sklasyfikować. I tak poznajemy miłośnika lodów, miłośnika nabiału, miłośnika serów, miłośnika napojów gazowanych, miłośnika nocnego podjadania, fast foodów, McDonaldów etc. Anglia może i jest społeczeństwem klasowym, ale jeśli idzie o miłość absolutną do Beatlesów i do jedzenia wszystkiego, co ze zdrowiem ma niewiele wspólnego, daleka jest od podziałów. Wybranego osobnika poddaje się rutynowym badaniom.
Pokaż mi swoją kupę, a powiem ci, co ci dolega
Według Vicki Edgson żadne inne społeczeństwo nie rozmawia tyle o kupie co Anglicy. Odnoszę wrażenie, że to czysta megalomania, rekompensująca straty ery postkolonialnej, niemniej jednak faktem jest, że panie, przystępując do szacunkowych ocen dewastacyjnego sposobu odżywiania, zaczynają nie od tego, co się wkłada, ale co wychodzi drugą stroną. O stanie naszego zdrowia informować ma nie tylko kolor stolca (powinien być brązowy, a inne kolory świadczyć mogą o niewydolnościach organizmu), konsystencja (istnieje zestandaryzowana skala siedmiu rodzajów kup wg The Bristol Stool Scale), objętość, ale i zapach! (o tak, „zdrowa” kupa powinna „pachnieć”). Dalej, starym sposobem doktora Paj-Chi-Wo, sprawdzają naleciałości językowe i nie idzie tu wcale o cudzoziemców brukających mowę angielską, ale o zbierający się na języku osad (biały język świadczyć może o niedoborach witamin w organizmie, czerwony – o gorączce i przegrzaniu organizmu, fioletowy – o kiepskim krążeniu krwi etc.). Do tego dochodzi ocena stanu włosów (okazuje się, że nie zawsze przyczyną siwienia jest trauma bądź starość), paznokci (poddawane są ocenie kolor i faktura) oraz skóra. Oprócz zabiegów, z którymi na pewno spotkały się zwolenniczki medycyny chińskiej, gospodynie programu zalecają bardziej laboratoryjne metody, polegające na badaniu zawartości minerałów w organizmie. Niektórzy uważają, że brak choćby jednego z pierwiastków śladowych zmniejsza zdolności metaboliczne organizmu nawet o 50%!
Kalorie się nie liczą
Po badaniach od stóp do głów (dosłownie) uczestnik programu przechodzi kilkutygodniowy trening, w czasie którego ma stosować się do zaleconej diety i ćwiczeń (bez tego ani rusz), a w chwilach słabości może dzwonić do swoich trenerek i być pewnym, że to, co usłyszy, przywróci go do pionu. Ciekawostką jest, że wbrew powszechnej opinii i na pociechę wszystkim żywiącym wrodzoną niechęć do matematyki panie odradzają liczenie kalorii. Kalorie, które początkowo miały służyć obliczaniu ilości energii wytwarzanej przez określone produkty spożywcze, stały się ostrzeżeniem przed zawartością tłuszczu w żywności. W konsekwencji zarzuca się w obawie o sylwetkę ważne dla zdrowia produkty, takie jak nasiona, pestki, orzechy, tłuste ryby. Niesłusznie, bo tak naprawdę to właśnie kalorie poprawiają zdolność spalania zgromadzonego w organizmie tłuszczu, dając energię, a jednocześnie wzmacniają zdolność koncentracji. Niemniej jednak dla miłośników przedmiotów ścisłych też coś się znajdzie, bo tak jak gospodynie programu nieprzychylne są liczeniu kalorii, tak mocno zachęcają do spoglądania na indeks glikemiczny (IG) danego produktu. IG mówi o szybkości, z jaką jedzenie jest spalane, a cukry przedostają się do krwi i dalej do mózgu. Im jest on niższy, tym cukry pochodzące z pożywienia uwalniane są wolniej i dzięki temu możemy ustrzec się napadów głodu. Zjedzenie węglowodanów o wysokim IG, tj. powyżej 70, doprowadza do gwałtownego skoku poziomu cukru, co skutkuje dużym wyrzutem insuliny, po którym następuje obniżenie poziomu cukru znacznie poniżej wartości wyjściowej, czyli hipoglikemia. Poza innymi przykrymi objawami hipoglikemia powoduje napady wilczego głodu, co – jak można się domyślać – sprzyja tyciu.
więcej w Cabines nr 38
