Cabines 85grudzień 2016 - styczeń 2017
Zrobiłam to dla siebie
powrótWywiad
To była bardzo przyjemna rozmowa. Pani Ewa Jabłońska – jedna z bohaterek akcji Metamorfoza – to osoba niezwykle wesoła i optymistycznie nastawiona do życia i to przeniosło się na atmosferę podczas wywiadu. Rozmowie towarzyszyło wiele śmiechu, ale nie zabrakło też poważnych refleksji. O tym, że Metamorfoza nie sprowadzała się wyłącznie do kosmetycznego upiększenia, wiadomo było od początku. Co jeszcze było istotne, w jaki sposób wpłynęło na życie pani Ewy, jej bliskich i otoczenia? Jak to wszystko wyglądało z jej perspektywy?
Cabines - Pani Ewo, jak zaczęła się Pani przygoda z Metamorfozą?
Ewa Jabłońska - Trafiłam na ogłoszenie na stronie Radia Opole. Po jakimś – niedługim – czasie pojawił się pomysł: a może by tak wysłać zgłoszenie? I wysłałam. Decyzja była mocno spontaniczna, podjęta bez konsultacji z kimkolwiek. Mało tego – o zgłoszeniu nie powiedziałam nikomu, ani mężowi, ani dzieciom. Potem przeszłam przez wstępną rekrutację, dostałam się do finału… i jakoś odłożyłam tę sprawę. Przypomniała mi o niej pani Kasia Kielar, która zadzwoniła z informacją, że trwa głosowanie. Wtedy dopiero zdałam sobie sprawę, że przecież nikt nic nie wie. Uruchomiłam więc kontakty, poprosiłam znajomych o głosy na mnie. Dopiero w tym momencie o wszystkim dowiedziała się też rodzina. Zaczęła się zabawa.
Cabines - Miała Pani jakieś konkretne oczekiwania, wiedziała Pani, czego można się spodziewać?
E.J. - Swego czasu byłam bardzo zafascynowana przemianą byłej pani minister Anny Kalaty. To, w jaki sposób ona się zmieniła, było wręcz nieprawdopodobne. Nie chcę przez to powiedzieć, że oczekiwałam aż tyle, ale była to jakaś inspiracja. Z opisu akcji Wyspy Harmonii, Zdrowia i Urody pani Katarzyny Kielar wynikało, że liczyć można na wiele. Mnie skusiła przede wszystkim ta holistyczna koncepcja, fakt, że przemianą ma zająć się sztab specjalistów „od mody, zdrowia i urody”. Mimo wszystko miałam świadomość, że nawet jeśli uda mi się zakwalifikować do finału, cudów nie można oczekiwać. Ot – nic do stracenia nie miałam, a mogłam tylko zyskać. W mailu zgłoszeniowym napisałam nawet coś w rodzaju: „Wiem, że niewiele można ze mnie wykrzesać, ale jakby się udało, miło byłoby zobaczyć w sobie kogoś nowego”.
Cabines - Była jakaś konkretna wizja tego „kogoś nowego”?
E.J. - Nie, absolutnie. W tej swojej potrzebie zmian byłam tak otwarta na propozycje, że całkowicie zdałam się na zespół specjalistów. Poprosiłam tylko o jedno: żebym wciąż mogła się pokazać służbowo. W urzędzie administracji państwowej, gdzie pracuję, obowiązują pewne obostrzenia odnośnie do wyglądu. Poza tym nie miałam żadnych wizji, oczekiwań, nic. W najśmielszych marzeniach nie spodziewałam się, że ta cała przemiana holistyczna przybierze aż takie rozmiary.
Cabines - A jakieś obawy były, na przykład że metamorfoza pójdzie w stronę, której by sobie Pani jednak nie życzyła? Momenty zawahania?
E.J. - Tak, były takie momenty. Jednakże ucieszyłam się, gdy inicjatorka tego przedsięwzięcia zapewniła mnie, że to będzie całkowita przemiana, zmiana jakości skóry, wyglądu, sposobu bycia, a nawet... życia, ale bez ingerencji skalpela i jakichkolwiek działań chirurgicznych, plastycznych i zastrzyków. W moim dojrzałym wieku, gdy się ma dorosłą córkę, trudno było się rozstać z pewnymi przyzwyczajeniami. Na przykład u fryzjerki, kiedy obcinała mi długie, czarne włosy – jakiś cień obawy się pojawił: jaki będzie efekt? Ale generalnie z nikim nie dyskutowałam, nie ingerowałam w pracę specjalistów… No, z jednym wyjątkiem (śmiech).
Cabines - Domyślam się, że chodzi o pana Mateusza Kowalskiego, stylistę. Podobno nie miał z panią lekko…
E.J. - O tak, biedny Mateusz (śmiech). Niektóre z jego propozycji ubraniowych wydawały mi się kompletnie nie do przyjęcia. Było sporo dyskusji. Nie jest łatwo tak z dnia na dzień zgodzić się na coś, co stoi w kompletnej opozycji do dotychczasowych modowych i kolorystycznych przyzwyczajeń. Na dodatek ja mam silną osobowość i niestety w tym przypadku dało się to we znaki. W efekcie musieliśmy iść na kompromis – myślę, że z dobrym skutkiem.
Cabines - W jakim stopniu wcześniej miała Pani styczność z kosmetyką profesjonalną? Bywała pani w salonach kosmetycznych, poddawała się zabiegom?
E.J. - Tak, ale to były zupełnie inne wizyty niż w tym przypadku. Przede wszystkim chodziło o podejście samych kosmetyczek. Przychodziłam z konkretnym zamówieniem – oczyszczanie, jakiś zabieg witaminowy czy oksydermabrazja – i to zamówienie było realizowane. Jak w zwykłym punkcie usługowym. W salonie kosmetycznym pani Kasi Kielar to było zupełnie coś innego. Zabieg poprzedzony był profesjonalnym wywiadem, a także rozmową na tematy związane ze stylem życia, odżywianiem… Byłam pytana, czy lubię swoją pracę, jak czuję się sama ze sobą – oczywiście w sympatycznej atmosferze, to nie było przesłuchanie! (śmiech) Dzięki temu miałam pewność, że jestem w tym salonie kimś faktycznie mile widzianym, gościem, któremu chce się pomóc, nie tylko kolejnym klientem. Dla pani Kasi – kosmetyczki z powołania i pasji, muszę dodać – było to ułatwienie w doborze zabiegów w odniesieniu do ówczesnego stanu mojej cery i preparatów do pielęgnacji w warunkach domowych. Poza tym wizyta na Wyspie – nomen omen – Harmonii Zdrowia i Urody miała w sobie coś z terapii – rozmowa pomogła mi uświadomić sobie, nad czym powinnam popracować, co zmienić w życiu. Takiego podejścia życzyłabym sobie w każdym gabinecie, również (a może przede wszystkim) lekarskim.
więcej w Cabines nr 64
rozmawiał:
Michał Domański
Cabines - Pani Ewo, jak zaczęła się Pani przygoda z Metamorfozą?
Ewa Jabłońska - Trafiłam na ogłoszenie na stronie Radia Opole. Po jakimś – niedługim – czasie pojawił się pomysł: a może by tak wysłać zgłoszenie? I wysłałam. Decyzja była mocno spontaniczna, podjęta bez konsultacji z kimkolwiek. Mało tego – o zgłoszeniu nie powiedziałam nikomu, ani mężowi, ani dzieciom. Potem przeszłam przez wstępną rekrutację, dostałam się do finału… i jakoś odłożyłam tę sprawę. Przypomniała mi o niej pani Kasia Kielar, która zadzwoniła z informacją, że trwa głosowanie. Wtedy dopiero zdałam sobie sprawę, że przecież nikt nic nie wie. Uruchomiłam więc kontakty, poprosiłam znajomych o głosy na mnie. Dopiero w tym momencie o wszystkim dowiedziała się też rodzina. Zaczęła się zabawa.
Cabines - Miała Pani jakieś konkretne oczekiwania, wiedziała Pani, czego można się spodziewać?
E.J. - Swego czasu byłam bardzo zafascynowana przemianą byłej pani minister Anny Kalaty. To, w jaki sposób ona się zmieniła, było wręcz nieprawdopodobne. Nie chcę przez to powiedzieć, że oczekiwałam aż tyle, ale była to jakaś inspiracja. Z opisu akcji Wyspy Harmonii, Zdrowia i Urody pani Katarzyny Kielar wynikało, że liczyć można na wiele. Mnie skusiła przede wszystkim ta holistyczna koncepcja, fakt, że przemianą ma zająć się sztab specjalistów „od mody, zdrowia i urody”. Mimo wszystko miałam świadomość, że nawet jeśli uda mi się zakwalifikować do finału, cudów nie można oczekiwać. Ot – nic do stracenia nie miałam, a mogłam tylko zyskać. W mailu zgłoszeniowym napisałam nawet coś w rodzaju: „Wiem, że niewiele można ze mnie wykrzesać, ale jakby się udało, miło byłoby zobaczyć w sobie kogoś nowego”.
Cabines - Była jakaś konkretna wizja tego „kogoś nowego”?
E.J. - Nie, absolutnie. W tej swojej potrzebie zmian byłam tak otwarta na propozycje, że całkowicie zdałam się na zespół specjalistów. Poprosiłam tylko o jedno: żebym wciąż mogła się pokazać służbowo. W urzędzie administracji państwowej, gdzie pracuję, obowiązują pewne obostrzenia odnośnie do wyglądu. Poza tym nie miałam żadnych wizji, oczekiwań, nic. W najśmielszych marzeniach nie spodziewałam się, że ta cała przemiana holistyczna przybierze aż takie rozmiary.
Cabines - A jakieś obawy były, na przykład że metamorfoza pójdzie w stronę, której by sobie Pani jednak nie życzyła? Momenty zawahania?
E.J. - Tak, były takie momenty. Jednakże ucieszyłam się, gdy inicjatorka tego przedsięwzięcia zapewniła mnie, że to będzie całkowita przemiana, zmiana jakości skóry, wyglądu, sposobu bycia, a nawet... życia, ale bez ingerencji skalpela i jakichkolwiek działań chirurgicznych, plastycznych i zastrzyków. W moim dojrzałym wieku, gdy się ma dorosłą córkę, trudno było się rozstać z pewnymi przyzwyczajeniami. Na przykład u fryzjerki, kiedy obcinała mi długie, czarne włosy – jakiś cień obawy się pojawił: jaki będzie efekt? Ale generalnie z nikim nie dyskutowałam, nie ingerowałam w pracę specjalistów… No, z jednym wyjątkiem (śmiech).
Cabines - Domyślam się, że chodzi o pana Mateusza Kowalskiego, stylistę. Podobno nie miał z panią lekko…
E.J. - O tak, biedny Mateusz (śmiech). Niektóre z jego propozycji ubraniowych wydawały mi się kompletnie nie do przyjęcia. Było sporo dyskusji. Nie jest łatwo tak z dnia na dzień zgodzić się na coś, co stoi w kompletnej opozycji do dotychczasowych modowych i kolorystycznych przyzwyczajeń. Na dodatek ja mam silną osobowość i niestety w tym przypadku dało się to we znaki. W efekcie musieliśmy iść na kompromis – myślę, że z dobrym skutkiem.
Cabines - W jakim stopniu wcześniej miała Pani styczność z kosmetyką profesjonalną? Bywała pani w salonach kosmetycznych, poddawała się zabiegom?
E.J. - Tak, ale to były zupełnie inne wizyty niż w tym przypadku. Przede wszystkim chodziło o podejście samych kosmetyczek. Przychodziłam z konkretnym zamówieniem – oczyszczanie, jakiś zabieg witaminowy czy oksydermabrazja – i to zamówienie było realizowane. Jak w zwykłym punkcie usługowym. W salonie kosmetycznym pani Kasi Kielar to było zupełnie coś innego. Zabieg poprzedzony był profesjonalnym wywiadem, a także rozmową na tematy związane ze stylem życia, odżywianiem… Byłam pytana, czy lubię swoją pracę, jak czuję się sama ze sobą – oczywiście w sympatycznej atmosferze, to nie było przesłuchanie! (śmiech) Dzięki temu miałam pewność, że jestem w tym salonie kimś faktycznie mile widzianym, gościem, któremu chce się pomóc, nie tylko kolejnym klientem. Dla pani Kasi – kosmetyczki z powołania i pasji, muszę dodać – było to ułatwienie w doborze zabiegów w odniesieniu do ówczesnego stanu mojej cery i preparatów do pielęgnacji w warunkach domowych. Poza tym wizyta na Wyspie – nomen omen – Harmonii Zdrowia i Urody miała w sobie coś z terapii – rozmowa pomogła mi uświadomić sobie, nad czym powinnam popracować, co zmienić w życiu. Takiego podejścia życzyłabym sobie w każdym gabinecie, również (a może przede wszystkim) lekarskim.
więcej w Cabines nr 64