Cabines 85grudzień 2016 - styczeń 2017
Gdzie mieszkają najpiękniejsze kobiety?
powrótFelieton
Podróże kształcą, a podróże pociągiem to źródło nieustannych zaskoczeń, odkryć i rozmaitych emocji. Można porozmawiać na różne tematy ze współpasażerami, a czasem – całkiem nieoczekiwanie – porozmawiać o kobiecej urodzie. I to z mężczyzną.
Rzeczony mężczyzna, Polak pracujący i mieszkający od 11 lat w Wielkiej Brytanii, był w wieku podobnym do mojego, określanym jako produkcyjny (cóż za wspaniałe sformułowanie!), więc kiedy już nawiązaliśmy uprzejmą konwersację, zeszła ona nieuchronnie na temat życia, realizacji swoich potrzeb, związków i oczekiwań wobec płci przeciwnej. I tu mnie mój rozmówca zawstydził. Stwierdził bowiem, że szuka intensywnie swojej drugiej połowy, ale musi to być Polka. Zażartowałam, że to pewnie z powodu słynnej „urody” Angielek, na co on odparł, że to krzywdzący mit, bo Angielki – tak samo jak Polki – bywają piękne i… mniej piękne. Musiałam przyznać mu rację, tym bardziej że po nocy na niewygodnej leżance w pociągu i porannej toalecie w wersji basic dokonanej w maleńkiej kabinie WC nie miałam zbyt mocnych argumentów na wyższość Polek w tym względzie. (A preferencje mojego nowego znajomego co do Polek wcale nie wynikały z wymagań co do wyglądu).
Zastanowiliśmy się wspólnie nad tym tematem – jak to jest z postrzeganiem urody kobiet w innych krajach. Przypomniałam sobie, że co jakiś czas wraca opinia, że najpiękniejsze kobiety na świecie to Polki.
Trudno dzisiaj zidentyfikować źródło tej opinii, a właściwie jej początki. Słyszałam to zdanie w ostatnich latach, kiedy rozpoczęła się Wielka Emigracja Zarobkowa młodych Polaków i jednym z pierwszych szoków kulturowych było stwierdzenie, że kobiety w innych krajach na co dzień noszą się niedbale. Polki, które bez makijażu nie wychodziły nawet do sklepu po bułki, musiały stanowić mocny kontrast wobec takich obyczajów (wiem, wiem – to też stereotyp, nie wszystkie Polki śpią w makijażu).
Słyszałam też od mamy, że taka opinia panowała w czasach jej młodości i pewnie można by się jej doszukiwać również dużo, dużo wcześniej. Być może w czasach, kiedy pierwszy obcokrajowiec – niewykluczone, że arystokrata albo wojskowy – zapragnął zrobić dobre wrażenie na jakiejś wyjątkowo urodziwej naszej pra-pra- -pra… W każdym razie dawno temu.
Mój pociągowy rozmówca uświadomił mi jednak, że pora pozbyć się stereotypów, które same w sobie, tak jak ich głoszenie, są już passé. Jego rozważania można by streścić powiedzeniem „Nie to ładne, co ładne, tylko to, co się komu podoba”. Zwłaszcza że w świecie, w którym odległości nie są już żadnym wyzwaniem, coraz częściej słychać pochwałę urody kobiet z najbardziej egzotycznych zakątków. Osobiście znam panów, którzy pieją z zachwytu nad Azjatkami, Ukrainkami albo Francuzkami. Nie jest też przypadkiem, że doroczne konkursy Miss World od lat wygrywają mieszkanki Ameryki Południowej. Czy zasłużenie? Rzecz gustu. No właśnie.
Konkursy piękności i próby klasyfikowania urody mają tę wadę, że próbują ustanowić standard czegoś, co standardom i klasyfikacjom się nie poddaje. Nawet mimo tego, że każda epoka ma swoje kanony i w jednej preferowane są blondynki o kobiecych kształtach, w innej wielkookie chłopczyce z rozmazanym makijażem, a w jeszcze innej – twarze i sylwetki „jak z Photoshopa”. Oczywiście powodzenie takich przedsięwzięć wymaga tego, żeby bogatą paletę rozmaitych typów urody jakoś uśrednić, ukierunkować i sprowadzić do pewnego wzorca. Nie dajmy się jednak zwariować. Konkursy i rankingi niech sobie uśredniają, a my miejmy swoje zdanie.
Gdyby więc trzeba było wskazać miejsce, w którym mieszkają najpiękniejsze kobiety, każdy powinien zrobić to we własnym zakresie: może to być przecież nie jakaś odległa Dulcynea z zamorskiej krainy, tylko żona, wieloletnia partnerka, siostra, matka, przyjaciółka… Kobieta bliska nam i ważna. I najważniejsze, że nie zawsze jej uroda będzie zbiorem cech fizycznych „pobłogosławionym” przez sztuczne, tworzone na siłę wzorce. Być może tkwi ona w naszym wyjątkowym spojrzeniu na tę właśnie szczególną kobietę.
Dorota Bury
Rzeczony mężczyzna, Polak pracujący i mieszkający od 11 lat w Wielkiej Brytanii, był w wieku podobnym do mojego, określanym jako produkcyjny (cóż za wspaniałe sformułowanie!), więc kiedy już nawiązaliśmy uprzejmą konwersację, zeszła ona nieuchronnie na temat życia, realizacji swoich potrzeb, związków i oczekiwań wobec płci przeciwnej. I tu mnie mój rozmówca zawstydził. Stwierdził bowiem, że szuka intensywnie swojej drugiej połowy, ale musi to być Polka. Zażartowałam, że to pewnie z powodu słynnej „urody” Angielek, na co on odparł, że to krzywdzący mit, bo Angielki – tak samo jak Polki – bywają piękne i… mniej piękne. Musiałam przyznać mu rację, tym bardziej że po nocy na niewygodnej leżance w pociągu i porannej toalecie w wersji basic dokonanej w maleńkiej kabinie WC nie miałam zbyt mocnych argumentów na wyższość Polek w tym względzie. (A preferencje mojego nowego znajomego co do Polek wcale nie wynikały z wymagań co do wyglądu).
Zastanowiliśmy się wspólnie nad tym tematem – jak to jest z postrzeganiem urody kobiet w innych krajach. Przypomniałam sobie, że co jakiś czas wraca opinia, że najpiękniejsze kobiety na świecie to Polki.
Trudno dzisiaj zidentyfikować źródło tej opinii, a właściwie jej początki. Słyszałam to zdanie w ostatnich latach, kiedy rozpoczęła się Wielka Emigracja Zarobkowa młodych Polaków i jednym z pierwszych szoków kulturowych było stwierdzenie, że kobiety w innych krajach na co dzień noszą się niedbale. Polki, które bez makijażu nie wychodziły nawet do sklepu po bułki, musiały stanowić mocny kontrast wobec takich obyczajów (wiem, wiem – to też stereotyp, nie wszystkie Polki śpią w makijażu).
Słyszałam też od mamy, że taka opinia panowała w czasach jej młodości i pewnie można by się jej doszukiwać również dużo, dużo wcześniej. Być może w czasach, kiedy pierwszy obcokrajowiec – niewykluczone, że arystokrata albo wojskowy – zapragnął zrobić dobre wrażenie na jakiejś wyjątkowo urodziwej naszej pra-pra- -pra… W każdym razie dawno temu.
Mój pociągowy rozmówca uświadomił mi jednak, że pora pozbyć się stereotypów, które same w sobie, tak jak ich głoszenie, są już passé. Jego rozważania można by streścić powiedzeniem „Nie to ładne, co ładne, tylko to, co się komu podoba”. Zwłaszcza że w świecie, w którym odległości nie są już żadnym wyzwaniem, coraz częściej słychać pochwałę urody kobiet z najbardziej egzotycznych zakątków. Osobiście znam panów, którzy pieją z zachwytu nad Azjatkami, Ukrainkami albo Francuzkami. Nie jest też przypadkiem, że doroczne konkursy Miss World od lat wygrywają mieszkanki Ameryki Południowej. Czy zasłużenie? Rzecz gustu. No właśnie.
Konkursy piękności i próby klasyfikowania urody mają tę wadę, że próbują ustanowić standard czegoś, co standardom i klasyfikacjom się nie poddaje. Nawet mimo tego, że każda epoka ma swoje kanony i w jednej preferowane są blondynki o kobiecych kształtach, w innej wielkookie chłopczyce z rozmazanym makijażem, a w jeszcze innej – twarze i sylwetki „jak z Photoshopa”. Oczywiście powodzenie takich przedsięwzięć wymaga tego, żeby bogatą paletę rozmaitych typów urody jakoś uśrednić, ukierunkować i sprowadzić do pewnego wzorca. Nie dajmy się jednak zwariować. Konkursy i rankingi niech sobie uśredniają, a my miejmy swoje zdanie.
Gdyby więc trzeba było wskazać miejsce, w którym mieszkają najpiękniejsze kobiety, każdy powinien zrobić to we własnym zakresie: może to być przecież nie jakaś odległa Dulcynea z zamorskiej krainy, tylko żona, wieloletnia partnerka, siostra, matka, przyjaciółka… Kobieta bliska nam i ważna. I najważniejsze, że nie zawsze jej uroda będzie zbiorem cech fizycznych „pobłogosławionym” przez sztuczne, tworzone na siłę wzorce. Być może tkwi ona w naszym wyjątkowym spojrzeniu na tę właśnie szczególną kobietę.
