Piękni ONI

powrót

Felieton

Mistrzostwa Europy w piłce nożnej wpłynęły na wieczorną atmosferę wielu polskich miast, na wygląd samochodów, zabawy dzieci i popyt (i tak niemały) na piwo. Miłośnicy tego sportu przerzucają się nazwiskami najlepszych obrońców, napastników, koronują i detronizują (zaocznie) królów strzelców, a niektóre panie (nie wszystkie – żeby nie rozpowszechniać stereotypów) tworzą własne rankingi. Punktowane są w nich fryzury, rysy twarzy i – przede wszystkim – budowa ciała.
Biotechnologia
Piękni ONI© Maugli - Depositphotos

Wysportowane męskie sylwetki pobudzają wyobraźnię. Mnie po głowie tłucze się strofa z wiersza Wisławy Szymborskiej Wieczór piękności męskiej:

Od szczęk do pięty wszedł napięty. Oliwne na nim firmamenty. Ten tylko może być wybrany, kto jest jak strucla zasupłany.

Wszystko to skłania do zastanowienia się – skoro tematyka tych felietonów skupia się wokół spraw urody – nad przemianami, którym ulegał wzorzec męskiej piękności w ostatnich dekadach.

Można by pomyśleć, że skoro to kobiety zmiennymi są, o wiele częściej modyfikacjom ulega kanon ich urody. Łatwo dostrzec różnicę między boginiami lat powojennych a dzisiejszymi. Nie tylko taką, że tamte nie chodziły do łazienki z aparatem fotograficznym, żeby uwiecznić swoje boskie kształty na tle szlafroków i szamponów, a potem podzielić się nimi z resztą świata. Ale nie o tym chciałam… Wzorzec męskiej urody wbrew pozorom nie stoi od XIX wieku w Sèvres jako niezmienny i stały punkt odniesienia. Może podlega powolniejszym zmianom, ale jednak się zmienia. Dla mnie jest to oczywiste, kiedy dzisiaj przyglądam się tym, którzy uchodzą na najprzystojniejszych, najseksowniejszych i najbardziej męskich. Ale zróbmy krótką wycieczkę wstecz. Zaznaczam, że podczas tej wycieczki zatrzymamy się tylko w wybranych punktach widokowych, bo objętość felietonu wyklucza pokazanie wszystkich zawiłości tematu.

W ostatnim czasie (jeśli w ciągu minionych 24 godzin nic się nie zmieniło w tym względzie) portale i magazyny lifestyle’owe prezentowały brodatych, odzianych w kraciaste koszule panów o twardym spojrzeniu. Drwaloseksualni – takie dostali miano. Twardzi, męscy i brodaci. Jak kanadyjscy drwale. Gardzący kremem do twarzy, za to chadzający do barbera. Tak, tak – broda to nie byle kłaczki, którymi może się zająć zwykły fryzjer.

Możliwe, że jest to przeciwwaga dla poprzedników – metroseksualnych, którzy wzbudzali mieszaninę pobłażania, wrogości i zachwytu nad nowym modelem męskości. Przywiązujących wagę do wyglądu, ubioru, pielęgnacji. Wrażliwych i okazujących emocje. Depilujących klatkę piersiową i prawdopodobnie nie tylko.

Oni z kolei mogli być odważniejszą wersją mężczyzn, którzy w poprzednich dekadach mieli ochotę, by pokazać świeżo odnalezioną kobiecą część swojej natury (bo przecież wszyscy mamy w sobie dwa pierwiastki, męski i żeński), ale nie mieli odwagi, by zrobić to do końca. Ci poprzednicy metroseksualnych zapuścili czasem dłuższe włosy, może zrobili pasemko albo dwa. Generalnie jednak starali się nie odbiegać zbytnio od bezpiecznego wzorca kanciastego osobnika, który podniesie bez trudu kobietę lub samochód, jeśli trzeba, albo dwie skrzynki piwa.

I ten właśnie model, silnego brutala, który mógłby spać w jaskini na gołej ziemi, ale przez miłość dla swej wybranki godzi się jednak nocować w M3 na osiedlu pośrodku dużego miasta, wywodził się wprost od tego, co chyba wszyscy mamy zakodowane: mężczyzny pachnącego koniem, cygarem i whisky. Ideału wywodzącego się wprost od rycerzy spędzających pół życia w siodle, a drugie pół na turniejach i walkach ze smokami, od jaskiniowców zasadzających się na mamuta. I nic to, że w XVIII-wiecznej Francji nosił ten ideał pudrowaną perukę, pończochy i buty na obcasie.

Gdyby przyjrzeć się męskim bohaterom współczesnych romansów, można poczuć pewien rozdźwięk. Głośne zachwyty nie pozostawiają wątpliwości, że kobietom podobają się ci odrobinę zniewieściali mężczyźni, którzy nawet na boisku – odpowiedniku pola bitwy – prezentują czule wypracowane fryzury i gładkie twarze. Albo gwiazdorzy sceny i ekranu o rysach twarzy przywodzących na myśl raczej szczeniaczka niż groźnego wilka. Natomiast Romeowie z książek niemal bez wyjątku mają mocną szczękę, wyraźny cień zarostu, wyraźne mięśnie, twarde dłonie, czasem nawet widoczne blizny – ślady burzliwej przeszłości – a w ich obejściu nie ma nic delikatnego i kobiecego. Jak to wytłumaczyć? Ukrytą tęsknotą za jaskiniowcem? Cóż, chyba najlepsza jest odpowiedź uniwersalna: kobieta zmienną jest. Jej upodobania również. I tyle.

Dorota Bury
publikacje Cabines 77
do góry | powrót