Cabines 85grudzień 2016 - styczeń 2017
O jeden rok za daleko?
powrótFelieton
Kto w wieku piętnastu lat nie chciał wydawać się starszy i dojrzalszy – ręka w górę. Po kolejnych piętnastu latach najczęściej pragnienia te ulegają zmianie: chciałoby się spowolnić upływ czasu, zachować gładką skórę i młodzieńcza sylwetkę. Wtedy zupełnie inaczej patrzy się na młode dziewczyny, którym do bycia pięknymi wystarczy uśmiech i ewentualnie szczotka do włosów.
Inspiracją do niniejszego felietonu stała się informacja z pewnego portalu na temat makijażu dla… dziewięciolatek. Podobno w internecie można znaleźć całkiem sporo materiałów poradnikowych dotyczących lekkiego i gustownego makijażu odpowiedniego dla małych dziewczynek do szkoły. Cóż, użyję tego osławionego wyrażenia: za moich czasów w szkole podstawowej eksperymenty z farbowaniem włosów i makijażem zaczynały się kilka lat później, mniej więcej w szóstej – siódmej klasie (w ośmioklasowej szkole). Mając dziewięć lat, zupełnie nie myślałam – moje koleżanki, jak sądzę, również nie – o tym, co by sobie poprawić w wyglądzie. Zastanowiłam się więc, na ile ta potrzeba malowania się wynika z tęsknoty rodziców, żeby mieć wyjątkowo urodziwą córkę (to chyba jest pragnienie stare jak świat), a na ile z potrzeby tych dzieci.
Z drugiej strony od jakiegoś czasu pojawiają się doniesienia, że początek dojrzewania przypada obecnie na okolice 10. roku życia. To mogłoby wyjaśniać do pewnego stopnia dziecięce zainteresowanie wyglądem. Jeśli dodać do tego współczesny kult ciała, to makijaż dla dzieci wydaje się odrobinę mniej szokujący.
Nasuwa to zresztą na myśl skojarzenie z innym zjawiskiem – spa dla dzieci. Ośrodki nastawione na najmłodszych klientów w Polsce nie są jeszcze popularne, ale za oceanem można się do takiego wybrać już od co najmniej kilku lat. Z „zabiegów” mogą korzystać nie tylko dzieci w wieku wczesnoszkolnym i nastolatki, ale nawet niemowlęta. Czy poza zabawą stoi za tym rzeczywista potrzeba szczególnej pielęgnacji albo relaksu?
Naśladowanie dorosłych jest zachowaniem dość częstym u dzieci, naturalnym i zdaniem psychologów rozwojowym, ale co pomyśleć o sytuacji, w której to rodzice umieszczaumieszczają dzieci w otoczeniu właściwym dla dorosłych? Mam wrażenie, że pewna granica zostaje tu przekroczona, bo czym innym jest to, że kilkulatka wkłada za duże szpilki mamy i jej sukienkę, która wlecze się za nią, a czym innym „wystylizowanie” tej samej dziewczynki za pomocą dorosłej fryzury, makijażu i miniaturowych wersji ubrań dla dorosłych kobiet.
A jak to wygląda w drugą stronę? Dorośli, którym zależy na dobrym wyglądzie, chętnie korzystają za zabiegów pozwalających zachować młody wygląd skóry, farbują włosy, żeby ukryć siwiznę, a po stroju trudno dzisiaj poznać wiek. Oczywiście niekoniecznie tęsknię do czasów, w których kobieta zamężna wkładała czepiec lub chustkę i upinała włosy, a po czterdziestce przywdziewała czerń i zyskiwała status matrony. Dzisiaj kobiety w podobnym wieku wiodą jeszcze beztroskie studenckie życie i na zdrowie im. W pogoni za młodością jednak też można posunąć się za daleko i stać się kimś, o kim otoczenie mówi „stara maleńka”. Infantylny strój zazwyczaj idzie w parze z adekwatnym zachowaniem. Z kolei ci – mowa o kobietach i mężczyznach – którzy strojem i zachowaniem dostosowują się do wymogów wieku i swojej pozycji, czasem przesadzają z ingerencją lekarza medycyny estetycznej. Bezlitośni internauci nie pozostawiają na takich osobach suchej nitki, wyśmiewając napompowane policzki, usta i twarze ze skórą napiętą do granicy pęknięcia.
Inna rzecz, że ci sami internauci skrytykują „zbyt stary” wygląd i „zapuszczenie się” kogoś, kto nie poddaje się operacjom i starannemu ukrywaniu wieku.
Nasuwa się inspirowany „Zemstą” Fredry zwrot: „Znaj proporcjum, mocium panie”, chociaż mam silne przeczucie, że nawet najbardziej donośny głos rozsądku nie przekona nikogo, kto do wyglądu własnego czy dziecka przywiązuje zbyt wielką wagę.
Dorota Bury
Inspiracją do niniejszego felietonu stała się informacja z pewnego portalu na temat makijażu dla… dziewięciolatek. Podobno w internecie można znaleźć całkiem sporo materiałów poradnikowych dotyczących lekkiego i gustownego makijażu odpowiedniego dla małych dziewczynek do szkoły. Cóż, użyję tego osławionego wyrażenia: za moich czasów w szkole podstawowej eksperymenty z farbowaniem włosów i makijażem zaczynały się kilka lat później, mniej więcej w szóstej – siódmej klasie (w ośmioklasowej szkole). Mając dziewięć lat, zupełnie nie myślałam – moje koleżanki, jak sądzę, również nie – o tym, co by sobie poprawić w wyglądzie. Zastanowiłam się więc, na ile ta potrzeba malowania się wynika z tęsknoty rodziców, żeby mieć wyjątkowo urodziwą córkę (to chyba jest pragnienie stare jak świat), a na ile z potrzeby tych dzieci.
Z drugiej strony od jakiegoś czasu pojawiają się doniesienia, że początek dojrzewania przypada obecnie na okolice 10. roku życia. To mogłoby wyjaśniać do pewnego stopnia dziecięce zainteresowanie wyglądem. Jeśli dodać do tego współczesny kult ciała, to makijaż dla dzieci wydaje się odrobinę mniej szokujący.
Nasuwa to zresztą na myśl skojarzenie z innym zjawiskiem – spa dla dzieci. Ośrodki nastawione na najmłodszych klientów w Polsce nie są jeszcze popularne, ale za oceanem można się do takiego wybrać już od co najmniej kilku lat. Z „zabiegów” mogą korzystać nie tylko dzieci w wieku wczesnoszkolnym i nastolatki, ale nawet niemowlęta. Czy poza zabawą stoi za tym rzeczywista potrzeba szczególnej pielęgnacji albo relaksu?
Naśladowanie dorosłych jest zachowaniem dość częstym u dzieci, naturalnym i zdaniem psychologów rozwojowym, ale co pomyśleć o sytuacji, w której to rodzice umieszczaumieszczają dzieci w otoczeniu właściwym dla dorosłych? Mam wrażenie, że pewna granica zostaje tu przekroczona, bo czym innym jest to, że kilkulatka wkłada za duże szpilki mamy i jej sukienkę, która wlecze się za nią, a czym innym „wystylizowanie” tej samej dziewczynki za pomocą dorosłej fryzury, makijażu i miniaturowych wersji ubrań dla dorosłych kobiet.
A jak to wygląda w drugą stronę? Dorośli, którym zależy na dobrym wyglądzie, chętnie korzystają za zabiegów pozwalających zachować młody wygląd skóry, farbują włosy, żeby ukryć siwiznę, a po stroju trudno dzisiaj poznać wiek. Oczywiście niekoniecznie tęsknię do czasów, w których kobieta zamężna wkładała czepiec lub chustkę i upinała włosy, a po czterdziestce przywdziewała czerń i zyskiwała status matrony. Dzisiaj kobiety w podobnym wieku wiodą jeszcze beztroskie studenckie życie i na zdrowie im. W pogoni za młodością jednak też można posunąć się za daleko i stać się kimś, o kim otoczenie mówi „stara maleńka”. Infantylny strój zazwyczaj idzie w parze z adekwatnym zachowaniem. Z kolei ci – mowa o kobietach i mężczyznach – którzy strojem i zachowaniem dostosowują się do wymogów wieku i swojej pozycji, czasem przesadzają z ingerencją lekarza medycyny estetycznej. Bezlitośni internauci nie pozostawiają na takich osobach suchej nitki, wyśmiewając napompowane policzki, usta i twarze ze skórą napiętą do granicy pęknięcia.
Inna rzecz, że ci sami internauci skrytykują „zbyt stary” wygląd i „zapuszczenie się” kogoś, kto nie poddaje się operacjom i starannemu ukrywaniu wieku.
Nasuwa się inspirowany „Zemstą” Fredry zwrot: „Znaj proporcjum, mocium panie”, chociaż mam silne przeczucie, że nawet najbardziej donośny głos rozsądku nie przekona nikogo, kto do wyglądu własnego czy dziecka przywiązuje zbyt wielką wagę.
