Cabines 85grudzień 2016 - styczeń 2017
Współczesne boginie
powrótStyl
W ostatnich kilku latach najpopularniejszym zajęciem dla kobiet, gwarancją podziwu otoczenia i bycia guru dla tysięcy fanów wydaje się rola trenerki fitness. Często jest to partnerka albo żona znanego sportowca, ale nie tylko – wiele z nich funkcjonuje samodzielnie. Chyba nigdy nie było tak, że niemal co tydzień poznajemy kolejną boginię pośladków i brzucha, a poprzednia niknie w otchłani zapomnienia. Atrybutami tej bogini jest smartfon, lustro łazienkowe i własne ciało opięte stylowym sportowym ubraniem. Dowiadujemy się, w czym się specjalizują (najczęściej jest to brzuch, na drugim miejscu są pośladki), jaka jest tajemnica ich sukcesu (godziny spędzone na ćwiczeniach i specjalna dieta). Świat mediów społecznościowych uwielbia je, mają w nim swoich fanów, którym służą radą i inspiracją, a w zamian boginie zbierają ofiarne dary w postaci entuzjastycznych komentarzy i „lajków”.
To nieco złośliwy opis sytuacji, nie chodzi mi jednak o te trenerki, które rzeczywiście pracują ciężko nie tylko nad wypracowaniem właściwej krzywizny pośladków i pożądanego ukształtowania brzucha, ale i nad swoją edukacją, również w dziedzinie dietetyki i działań prozdrowotnych. Niewątpliwie to, co dobrze przygotowane trenerki robią dla poprawy formy i stanu zdrowia swoich naśladowców, jest nie do przecenienia. Ewa Chodakowska, ile by złośliwych komentarzy pod jej adresem nie napisano i nie wygłoszono, dokonała godnego bogini cudu ruszenia z kanapy tysięcy kobiet, które wcześniej „nie miały czasu”, „nie miały zdrowia”, „nie miały wiedzy”, żeby popracować nad sobą i zrobić dla swojego ciała coś dobrego. Zadziałał tu stary jak świat mechanizm inspirowania przykładem. A niektóre metamorfozy są naprawdę spektakularne – ciekawych odsyłam do niezawodnego wujka Google.
Liczba tych supernowych fitnessu jest po prostu naprawdę oszałamiająca, a w przypadku niektórych trudno oprzeć się wrażeniu, że poza ćwiczeniami czas spędzają jeszcze tylko na pozowaniu. Moją uwagę, kiedy już nadziwowałam się, ileż tych gwiazd nagle rozbłysło, zwróciło jednak co innego: mianowicie zmiana sylwetki uchodzącej za piękną. Oczywiście na wyborach miss nadal korony zdobywają szczupłe, długonogie piękności, ale wygląda na to, że gwiazdy fitness promują stopniowo sylwetkę, która wyraźnie jest zasługą dużej ilości ćwiczeń, a nie darem od natury – umięśniony brzuch, umięśnione nogi i pupa już nie ledwie widoczna, jak u zwolenniczek aerobiku i ćwiczeń callanetics w latach 80. XX wieku, ale mocna, okrągła, z odstającymi pośladkami. Kojarzy się nieodparcie z latynoskimi pięknościami o sylwetce gruszki. Wystarczy obejrzeć zdjęcia gwiazd Instagrama i innych portali tego rodzaju.
Jesteśmy więc najwyraźniej świadkami kolejnej przemiany modelu urody kobiecej. Dla wielu z nas jest to wiadomość dobra, nawet bardzo dobra, bo długie, szczupłe nogi, wąska talia, biust o obwodzie niemal równym obwodowi bioder to rzadkość. Większość z nas ma za mało tu, a za dużo tam. Skoro więc wytrwałymi ćwiczeniami można te braki nieco nadrobić, a nadmiar wymodelować, jest to wiadomość naprawdę pocieszająca i zachęcająca do działania.
Wiele moich znajomych i koleżanek narzekało wcześniej na solidne uda i pośladki. Ani callanetics, ani ABS tego nie zmienił, a one wpadały w desperację, gdy przychodziło im kupować nowe spodnie i żaden model nie leżał dobrze. Teraz mogą cieszyć się jako posiadaczki sylwetki, która staje się modna. Oczywiście – pod warunkiem, że popracuje się nad nią, żeby linie ciała były podkreślone przez mięśnie, a nie przez tłuszczową podściółkę.
Z drugiej strony ze wspomnianych zdjęć bogiń fitnessu, z całej otoczki, jaka się wokół tego tematu pojawia, można wywnioskować, że obecnie wygląd ciała jest wyjątkowo ważny, jest gwarancją podziwu, prestiżu i popularności, czego osoby zamieszczające swoje zdjęcia w sieci nawet nie starają się ukrywać. I to już jest zjawisko niepokojące. Wspomniane atrybuty bogiń – smartfon, lustro i obcisły strój – trafiły pod strzechy i łatwiej znaleźć zdjęcie nastolatki pozującej w łazience z ustami w „dzióbek” niż zwykłą fotografię z wakacji. Jakby nic poza wyglądem nie było już godne pokazania – żadne osiągnięcie w sporcie, sztuce, nauce, żadna działalność charytatywna czy choćby zwykły, sympatyczny przejaw uczynności.
Chyba za daleko idzie takie dążenie do utrzymania dobrej formy i wyglądu. Popularny pogląd, że ładna znaczy głupia, ma się świetnie, ale zdaje się, że mało komu już to przeszkadza, a w każdym razie zalew zdjęć na tle szlafroków i zaścielonych łóżek pozwala podtrzymać tę krzywdzącą opinię.
Dorota Bury